R11/2026 – GÓRY SŁOWENII

12.9. – 19.9. – do gór Słowenii pod kierownictwem Romana Kopcia wyjechała dwunastka turystów. Bazą im była Kranjska Gora, a w planie – Mala Mojstrovka 2333, Prisank 2547, Jalovec 2645, Mangart 2679 i Triglav 2864

Lokalizacja się zmienia, tym razem będzie Słowenia.

Odkryć chcemy nowe szczyty, więc żegnajcie Dolomity.

Z Romanem program zawsze ciekawy, chyba nie braknie do wspinaczki wprawy.

Karta i tekst: J. Jasińska

Relacja kierownika wyjazdu Romana Kopcia:

1. dzień – Wyrypa w góry Słowenii. Wyruszamy samochodami 12 września około godziny 6:00 dwoma trasami. Jedna prowadzi przez Bratysławę, Wiedeń i Graz do Kranjskiej Gory. Druga wiedzie przez Brno, a dalej tak samo, z tym samym celem. Na miejscu zakwaterowania meldujemy się wszyscy z niewielkimi różnicami czasu. Po rozpakowaniu idziemy na krótką przechadzkę po Kranjskiej Gorze, gdzie ulegamy pokusom miejscowych restauracji. Wielce nasyceni wracamy do naszej kwatery. Ostatnią, trzecią część naszej grupy tworzą Renia Peškár z mężem i szwagrem – oni zdążyli już nawet wyjść na krótką wyrypę w pobliskie skałki.

2.dzień – Korzystamy z darmowego autobusu turystycznego i wyjeżdżamy na przełęcz Vršič, na wysokość 1648 m n.p.m. Po półgodzinnej podróży, o godzinie 7:10, wyruszamy z przełęczy w kierunku Małej Mojstrovki. Po trzech godzinach marszu, w niewielkich odstępach czasu, wszyscy stajemy na szczycie tej wznoszącej się na 2333 m n.p.m. góry. Tam ekipa się dzieli: część grupy schodzi tradycyjnym szlakiem z powrotem na przełęcz Vršič, natomiast druga grupa kontynuuje wyrypę nieoznakowaną ścieżką w stronę Wielkiej i Zadniej Mojstrovki. Ostatecznie wszyscy spotykamy się z powrotem na przełęczy na pysznej kawce i ciasteczku. Po zasłużonym odpoczynku i pełni wrażeń wracamy autobusikiem do Kranjskiej Gory. Dalszy ciąg naszej wyrypy ma swoje rozwinięcie już na kwaterze – przy smacznych kolacjach i skromnym poczęstunku, czyli tak, jak na Beskidzioków przystało. Pogoda idealnie dopisała!

.

3. dzień – Czeka nas – a szczególnie starszą część ekipy – znacznie większe wyzwanie: Triglav. Słowacy mają swój Krywań, Polacy Giewont, a Słoweńcy właśnie Triglav. Wstajemy o 4:00 rano. Jemy szybkie śniadanie, aby jak najprędzej wyruszyć z doliny Vrata na start tej, jak się później okazało, potężnej wyprawy. Z parkingu ruszamy o godzinie 6:00 w kierunku przełęczy Luknja (1766 m n.p.m.). To tutaj zaczynają się prawdziwe schody i właściwa wyrypa. Na wierzchołku tej wysokiej na 2864 m n.p.m. góry meldujemy się w trzech grupkach, podzielonych według kategorii wiekowych. Ze szczytu podziwiamy przepiękne widoki na otaczające nas wierzchołki i doliny. Czas nas jednak goni, więc musimy zacząć ostrożne schodzenie. W końcu wyrypa jest udana dopiero wtedy, gdy wszyscy wrócą w doliny cali i zdrowi. Po drodze robimy krótki przystanek w schronisku Triglavski dom na Kredaricy, lecz nieprzyjemny zapach z toalet i kurczący się czas nie pozwalają na dłuższy odpoczynek. Zejście do doliny Vrata okazuje się niezwykle męczące i zdaje się nie mieć końca. I ten „brak końca” ziścił się co do joty – ostatnia dwójka (R. i Z.) musiała maszerować już przy czołówkach. Ostatecznie najmłodsza grupa (Renia i spółka) dociera do K.G. jako pierwsza, po nich ekipa Dawida, a na końcu grupa autora tekstu. To była naprawdę wymagająca wyrypa, zwłaszcza jak na jeden dzień.

4. dzień – Jeszcze wieczorem po wyrypie na Triglav nawet ci najlepsi fizycznie proponują następny dzień potraktować odpoczynkowo. Dzielimy się na 3 grupy ustalając samodzielne wycieczki. Grupa rowerowa Reni wyrusza w okolice jeziora Bled z wysepką, na której okazale pyszni się kościółek Matki Bożej z Lurd. Grupa Aleša + (Pawla, Ewka, Zosia i Marcin) pojechali późniejszym autobusem przez przełęcz Vršič do źródeł rzeki Soczi.Żeby dojść do uroczego miejsca narodzin górskej potęgi, musieli pokonać spory kawał ścieżki pod prąd. Podziwiali małe wodospadki i z niedowieżaniem oglądali, co potrafi wykształcić zwykły strumień wody w twardej skale. Urocze widowisko! Nasycając się pięknem krajobrazu, przegapili czas odjazdu autobusu, ale dla Beskidzioka nic strasznego… Aleš z właściwością prawdziwego mężczyzny zatrzymuje pojazd motoryzacyjny. Okazuje się, że to furgonetka miejcowego hodowcy owiec. Obok kierowcy na jedno wolne miejsce wsiada Marcin, do tyłu 3 kozy a 1 cap.(Zosia, Pawla, Ewka i Aleš). Na szczęście odcinek do przełęczy nie był długi. Mówili, że jechał z nimi, jakby ich ukradł. W przyjemniejszej atmosferze schroniska na Vršiču odpoczli przy kawce i ciastku ukracając czas do odjazdu autobusu. Trzecia grupa podjechała do Gozd Martuljek niedaleko K.G. podbić urocze ferratki w korycie rzeki Hladnik i Jerman. Kierownik wyprawy Dawid decyduje, że pokonamy tę trudniejszą (Jerman), a następnie łatwiejszą (Hladnik). Na miejscu stwierdzamy, że to nie taka łatwizna. Po dokładniejszym przeglądzie mapy wyskakuje na nas trudność pewnego odcinka E. Do próby podchodzi odważnie Mirek. Dochodząc do „Eczka” decyduje się na powrót. Wszyscy wycofujemy się i podchodzimy pod górę klasyczną drogą, ciesząc się, że na górze czeka nas reklamujący się bufet. Niestety zamknięty. Chyba czynny tylko w czasie wakacji. Drogę powrotną umilamy sobie łatwiejszą ferratką, która naprawdę nam wynagradza wszystko, co nie wyszło na pierwszej. Zabezpieczenia prowadzą nad dziką rzeką, która przez wieki budowała te przepiękne obrazy, które możemy podziwiać. Naprawdę wszyscy byliśmy zachwyceni! Po pięknych chwilach wracamy do kwatery. Podsumując ten dzień: Kolarze przejechali niespełna 100 km, po ścieżkach rowerowych i drogach z małym ruchem samochodów. Rzeka Socza pokazała swe uroki, a ferratki też cacy cacy.

5. dzień – Po dniu „lekkiego odpoczynku” wczesnym rankiem znów wyruszamy wspólnie na przełęcz Vršič – jak zwykle korzystając z darmowego transportu, który bardzo przypadł nam do gustu. Na przełęczy ponownie dzielimy się na dwa zespoły. Pierwszy tworzą Pawla, Ewka, Zosia, Aleš i Martin, a drugi: Renia, Hala, Mirek, Marek, Dawid oraz Roman. Grupa pierwsza startuje w kierunku Jalovca, jednak ich głównym celem jest schronisko pod Špičkom, słynące ze wspaniałego jedzenia i pięknych widoków na okoliczne góry. Grupa druga rusza natomiast na podbój Prisanku (2547 m n.p.m.). Wybieramy trasę wiodącą przez słynne Okno Prisanku, mające około 30 metrów wysokości i 100 metrów długości. Po pół godzinie marszu docieramy do pierwszych zabezpieczeń – tu zaczyna się prawdziwe starcie z górą. Ferrata prowadzi północną ścianą, przeplatając łatwiejsze odcinki z trudniejszymi. Wyzwaniem okazuje się zwłaszcza dziesięciometrowy kominek, w którym musimy nieźle się nagimnastykować, żeby go pokonać. Gdy zbliżamy się do słynnego okna, zaczynamy odczuwać silny przeciąg. Chłodne powietrze z północnej strony góry tłoczy się w kierunku południowego wylotu, nagrzanego promieniami słońca. Po przejściu przez okno czeka nas jeszcze około 300 metrów przewyższenia, co oznacza godzinę solidnej pracy. Jako kierownik wyrypy postanawiam zostać w bazie (w końcu ktoś musi koordynować grupę idącą na szczyt!). Z późniejszych relacji ekipy wynika, że wejście nie należało do najłatwiejszych. Nagrodą były jednak zachwycające widoki, z królującym na południowym wschodzie Triglavem. Zejście na przełęcz Vršič okazało się bardzo przyjemne. Po drodze mijamy wielu turystów wybierających ten wariant jako drogę wejściową, co potwierdza, że jest on o wiele łatwiejszy. Na przełęczy spotykamy grupę numer jeden i już po minach widzimy, że coś poszło nie tak. Głodni i spragnieni, ale wciąż z uśmiechami na twarzach, opowiadają nam, że schronisko pod Špičkom zastało zamknięte. Na szczęście w Tičarjevym domu stoły obu naszych grup szybko zapełniają się pysznymi daniami. Najedzeni i szczęśliwi wracamy autobusem do Kranjskiej Gory. Warto dodać, że działała dziś również trzecia grupa – dwaj kolarze, którzy zaserwowali sobie solidną dawkę kilometrów i około 2000 metrów przewyższenia w pionie!

6. dzień – Następny poranek wita nas lekko deszczową pogodą. Na spokojnie planujemy więc program dnia, który mieliśmy już wcześniej przygotowany na wypadek niepogody. Zjadamy śniadanie i uzbrojeni w parasole wyruszamy pieszo w kierunku Planicy – miejsca doskonale znanego wszystkim fanom skoków narciarskich. To tutaj każdego roku kończy się maraton Pucharu Świata FIS. W Planicy znajduje się jedna z największych skoczni mamucich globu, słynna Letalnica. To właśnie na niej w marcu 2025 roku Słoweniec Domen Prevc poszybował na odległość 254,5 metra, ustanawiając oficjalny rekord świata w lotach narciarskich. Tyle teorii i wiedzy nabytej z literatury. Po godzinie spokojnego marszu w lekkim kapuśniaczku docieramy do bramy powitalnej Nordyjskiego Centrum Planica. Kompleks składa się z kilku skoczni o różnych rozmiarach. Dzięki sztucznej nawierzchni można na nich trenować przez cały rok, czego zresztą byliśmy świadkami, podglądając akurat trening skaczących dziewcząt w różnym wieku. My jednak najbardziej ciekawi jesteśmy fizycznych rozmiarów tutejszego giganta. Co innego oglądać to w telewizji, a co innego zobaczyć na własne oczy. Męska część ekipy decyduje się na wejście od strefy lądowania aż na samą górę, w okolice belki startowej. Wspinaczka po stalowych schodach mocno daje nam się we znaki. Po 20 minutach meldujemy się na szczycie. Na odcinku zaledwie 350 metrów pokonujemy aż 200 metrów przewyższenia! Trzeba przyznać, że chłopcy i dziewczęta decydujący się na te loty to niesamowicie odważni ludzie. Po zejściu na dół spotykamy się w charakterystycznym budynku o cylindrycznym kształcie. Można tam wypić kawę, odwiedzić muzeum poświęcone historii skoków i narciarstwa, a nawet spróbować swoich sił na wirtualnym symulatorze skoków. Co ciekawe, w podziemiach obiektu znajduje się krótki tor ze sztucznym śniegiem, przeznaczony do biegów narciarskich. Czas jednak płynie nieubłaganie i pora wracać. Ruszamy w drogę powrotną tą samą trasą, wstępując jeszcze na drobne zakupy w Kranjskiej Gorze. Aplikacja pokazuje nam na koniec dnia, że bez pośpiechu przeszliśmy dzisiaj prawie 17 kilometrów. Już na kwaterze wszyscy zgodnie stwierdzamy, że to był naprawdę udany i pełen wrażeń dzień.

7. dzień – Przed nami ostatni dzień. Posileni lekkim śniadaniem wsiadamy do samochodów i ruszamy do niedalekiej miejscowości Gozd Martuljek. Na parkingu ponownie dzielimy się na dwie grupy. Część ekipy idzie powtórzyć ferratę w korycie rzeki razem z tymi, którzy jeszcze jej nie przechodzili. Druga grupa rusza na przeciwległe zbocza, by podziwiać dwa potężne, ponad dwudziestometrowe wodospady. Tym razem ferrata w korycie rzeki okazała się znacznie bardziej wymagająca niż za pierwszym razem. Deszcz z poprzedniego dnia sprawił, że skała była wilgotna, a buty co chwilę traciły przyczepność. Z podwójną uwagą pokonujemy kolejne przeszkody i bezpiecznie docieramy do końca. Po krótkim odpoczynku wracamy na parking, odkładamy sprzęt asekuracyjny i już „na lekko” decydujemy się zaliczyć wspomniane wodospady. Po krótkim marszu spotykamy drugą część naszej grupy. Schodzą już w dół i dają nam cenne wskazówki, którą ścieżkę najlepiej wybrać. Zapewniają, że widoki są niesamowite i naprawdę warto tam podejść. Idąc dość słabo oznakowanym szlakiem, po kilku minutach docieramy do pierwszego wodospadu. Od razu stwierdzamy, że ten dodatkowy wysiłek bardzo się opłacił. Na rozdrożu odczytujemy z drogowskazu, że dotarcie do górnego wodospadu zajmie nam kolejne 45 minut. Szlak miejsami pnie się ostro pod górę, ale bez ciężkich plecaków idzie się zupełnie inaczej. Narzucamy mocne tempo i już po pół godzinie meldujemy się pod samym wodospadem. Mamy chwilę na pamiątkowe zdjęcia, po czym wracamy tą samą drogą. Godzinę później jesteśmy z powrotem na parkingu, gdzie w pobliskiej restauracji odpoczywamy przy małej czarnej i pysznym ciastku. Druga grupa, która rano jako pierwsza oglądała wodospady, również skusiła się na powtórkę ferraty w korycie rzeki. Ponieważ ruszyli na nią nieco później, skała zdążyła już wyschnąć, dzięki czemu trudniejsze odcinki pokonywali z o wiele większą łatwością. Już w komplecie wracamy na kwaterę, gdzie powoli pakujemy walizki przed jutrzejszą podróżą do domów. Wieczorem spotykamy się wszyscy razem, by podsumować naszą wyrypę w słoweńskich Alpach. Przy wspólnym poczęstunku wspominamy chwile, które najbardziej zapadły nam w pamięć. Te piękne przeżycia i wspólnie spędzony czas stworzyły niesamowicie barwny wachlarz wspomnień. Było po prostu wspaniale! Na koniec życzymy sobie nawzajem szerokiej i bezpiecznej drogi do domów.

7. Dzień – Sobota rano – wyruszamy w kierunku granicy i dalej, przez Austrię, kierujemy się w stronę naszych ukochanych Beskidów. Droga mija nam wyjątkowo sprawnie. Po kilku krótkich przerwach na rozprostowanie nóg, posiłek i toaletę, w niewielkich odstępach czasu wszyscy bezpiecznie meldujemy się w swoich domach.

Podliczając statystyki naszej słoweńskiej wyrypy: przeszliśmy łącznie około 60 kilometrów i pokonaliśmy 5500 metrów przewyższenia. Matematyka jest nieubłagana – biorąc pod uwagę, że połowę dystansu (30 km) stanowiły podejścia, a drugą połowę (30 km) zejścia, to na każdy kilometr pod górę musieliśmy wywalczyć średnio niemal 200 metrów pionu!